Startupy żyją w świecie ciągłego kompromisu. Każda decyzja jest wyborem między „teraz” a „później”, między szybkością a jakością, między tym, co konieczne, a tym, co „na razie może poczekać”. W tej hierarchii cyberbezpieczeństwo niemal zawsze jest określane z niższym priorytetem.
Cyberbezpieczeństwo bywa postrzegane jako koszt, przeszkoda albo obszar dostępny dopiero po osiągnięciu skali. Tymczasem w praktyce jest ono konsekwencją decyzji podejmowanych bardzo wcześnie, często na długo przed pierwszym klientem, pierwszą rundą finansowania czy pierwszym audytem. Decyzji, które wydają się racjonalne w krótkim horyzoncie, ale z czasem zaczynają generować realne, mierzalne koszty.
Młode firmy rzadko płacą za cyberbezpieczeństwo wprost, najczęściej płacą za jego brak - utraconymi kontraktami, opóźnieniami, dodatkowymi rundami refaktoryzacji, a czasem także odpowiedzialnością prawną i reputacyjną. I niemal zawsze dzieje się to wtedy, gdy firma jest już „za duża”, by problemy dało się naprawić tanio.
„Na razie jesteśmy za mali, żeby ktoś nas atakował”
To jedno z najbardziej trwałych i jednocześnie najbardziej szkodliwych przekonań w ekosystemie startupowym. Opiera się na intuicyjnym, ale błędnym założeniu, że cyberataki są działaniami wybiórczymi: ktoś analizuje firmę, jej skalę, potencjalny zysk i dopiero wtedy decyduje się na atak.
W rzeczywistości zdecydowana większość współczesnych ataków nie jest ukierunkowana, lecz zautomatyzowana. Internet jest nieustannie skanowany przez boty, które wyszukują podatne endpointy, testują znane luki w popularnych komponentach, sprawdzają wycieki kluczy API i haseł czy też analizują konfiguracje chmurowe.
Te mechanizmy nie muszą mieć informacji czym zajmuje się dana firma ani ilu ma klientów. Interesuje je wyłącznie to, czy system jest łatwym celem. Startupy są pod tym względem wyjątkowo atrakcyjne: działają szybko, często improwizują.
Mała skala nie zmniejsza ryzyka. Często je zwiększa, bo brakuje odpowiednich zdolności do wykrywania i reagowania na incydenty bezpieczeństwa.
Cyberbezpieczeństwo sprowadzone do listy narzędzi
W wielu startupach cyberbezpieczeństwo opiera się o takie elementy jak wykorzystywanie MFA (wieloskładnikowego uwierzytelniania) lub udostępnianiu rozwiązań w chmurze, w oparciu o usługi renomowanego dostawcy. Może to być jednak niewystarczające - cyberbezpieczeństwo wynika m.in. z architektury aplikacji i systemów IT, sposobu zarządzania tożsamością i dostępem, procesów operacyjnych a także przygotowania na incydenty.
Startupy bardzo często wdrażają narzędzia punktowo, bez refleksji nad ich rolą w szerszym kontekście. Efektem może być stosowanie fragmentarycznej ochrony, za pomocą wielu rozwiązań, które niestety wnoszą ostatecznie niewielki poziom bezpieczeństwa.
Posiadanie narzędzi nie oznacza posiadania bezpieczeństwa. Bez spójnej architektury i procesów narzędzia dają jedynie fałszywe poczucie kontroli.
Brak właściciela bezpieczeństwa i rozmyta odpowiedzialność
Startupy charakteryzuje elastyczność ról i odpowiedzialności. W wielu młodych firmach cyberbezpieczeństwo „należy do wszystkich”, co w praktyce oznacza, że nie należy do nikogo.
CTO skupia się na rozwoju produktu i stabilności technicznej. DevOps odpowiada za infrastrukturę. Product manager za doświadczenie użytkownika. Każdy z tych obszarów dotyka bezpieczeństwa, ale żaden nie bierze za nie pełnej odpowiedzialności. W efekcie: decyzje są odkładane, ryzyka nie są formalnie oceniane, incydenty traktowane są jako „jednorazowe problemy”.
Nie chodzi o to, by zatrudniać pełnoetatowego CISO (Chief Information Security Officer, czyli Dyrektor ds. Bezpieczeństwa Informacji) w kilkuosobowym startupie. Chodzi o to, by konkretna osoba miała możliwość do podejmowania decyzji o ryzyku i była za to odpowiedzialna. Bez tego bezpieczeństwo zawsze będzie reaktywne i spóźnione.
UX kontra security
Jednym z najczęstszych argumentów przeciwko wdrażaniu mechanizmów bezpieczeństwa jest obawa o pogorszenie doświadczenia użytkownika. Dodatkowe kroki uwierzytelniania, silniejsze hasła czy bardziej rozbudowane procesy odzyskiwania dostępu postrzegane są jako zagrożenie dla konwersji.
To fałszywa alternatywa. Problemem rzadko jest samo bezpieczeństwo. Problemem jest złe zaprojektowanie UX. Uwierzytelnianie, autoryzacja i zarządzanie sesją są elementami doświadczenia użytkownika tak samo jak formularze czy interfejs aplikacji.
Co więcej, kompromisy robione na wczesnym etapie projektowania i rozwoju rozwiązań mogą mieć negatywne konsekwencje w przyszłości. Komplikują współpracę z większymi klientami, blokują certyfikacje i audyty a także zwiększają obciążenie supportu w przyszłości.
Startupy często odkrywają to dopiero wtedy, gdy potencjalny klient zadaje pytanie o architekturę bezpieczeństwa. Wtedy okazuje się, że decyzje podjęte „dla wygody użytkownika” są trudne do obrony, a wprowadzenie koniecznych zmian wiąże się ze znacznymi kosztami.
Dane użytkowników jako problem prawny, nie tylko techniczny
Startupy technologiczne mają tendencję do traktowania danych wyłącznie jako zasobu operacyjnego. Dane są potrzebne do działania produktu, analityki, personalizacji. Rzadziej myśli się o nich jako o źródle odpowiedzialności prawnej.
Brak klasyfikacji danych, brak minimalizacji w zakresie przetwarzania danych i brak świadomości, gdzie dane faktycznie są przetwarzane, prowadzą do sytuacji, w której firma nie potrafi odpowiedzieć na żądania użytkowników, nie jest w stanie przeprowadzić rzetelnej analizy incydentu, ma problem z wykazaniem zgodności regulacyjnej.
Regulacje takie jak GDPR (RODO), NIS2 czy AI Act rzadko są szczególnie zauważalne w momencie skalowania, ekspansji zagranicznej lub wejścia na rynek regulowany. Wtedy okazuje się, że „to tylko dane techniczne” wcale takie techniczne nie są.
Odkładanie bezpieczeństwa na „moment skalowania”
Być może najdroższym błędem jest przekonanie, że bezpieczeństwo można wdrożyć później, gdy produkt się przyjmie, gdy pojawią się klienci, gdy firma będzie „gotowa”. Problem polega na tym, że wiele decyzji architektonicznych ma charakter fundamentalny.
Jeśli system został zaprojektowany bez myślenia o bezpieczeństwie, jego późniejsza przebudowa oznacza kosztowną refaktoryzację, ryzyko regresji i spowolnienie rozwoju produktu.
Skalowanie nie rozwiązuje problemów bezpieczeństwa, ono je zwielokrotnia. Każda nowa funkcja, integracja czy użytkownik powiela pierwotne błędy projektowe.
Dojrzałe podejście do cyberbezpieczeństwa w startupie nie wymaga ogromnych budżetów ani rozbudowanych zespołów. Wymaga kilku świadomych decyzji. Przede wszystkim istotne jest myślenie o bezpieczeństwie na etapie projektowania i określenia jasnej odpowiedzialności za ten obszar.
Bezpieczeństwo w kontekście ekosystemu
Startupy rzadko funkcjonują jako samodzielne, zamknięte systemy. Korzystają z zewnętrznych dostawców chmury, narzędzi analitycznych, systemów płatności, usług mailingowych czy bibliotek open source. Każdy z tych elementów poszerza ekosystem zależności, a tym samym możliwości i zakres potencjalnego ataku.
Problem polega na tym, że bezpieczeństwo bardzo często analizowane jest wyłącznie w granicach „naszego kodu”. Natomiast pytania, jakie trzeba sobie zadać: jakie uprawnienia mają zewnętrzne integracje i aplikacje, jakie dane faktycznie opuszczają system i gdzie są przetwarzane, co się stanie, jeśli jeden z dostawców zostanie skompromitowany lub wyciekną dane z zewnętrznego systemu, co w przypadku niedostępności takiej zewnętrznej usługi i czy potrafimy szybko odciąć problematyczną zależność.
W praktyce wiele incydentów nie zaczyna się od ataku na sam startup, lecz od łańcucha dostaw - biblioteki, pluginu, narzędzia CI/CD lub konta dewelopera. Brak widoczności tych zależności oznacza brak realnej kontroli nad ryzykiem.
To szczególnie istotne w kontekście spełnienia wymogów regulacyjnych czy też due diligence. Coraz częściej pytania nie obok pytania „czy jesteście bezpieczni”, spotykamy się z pytaniem „od kogo zależy wasze bezpieczeństwo”.
„To się jeszcze nie zdarzyło”
Jednym z mniej oczywistych, ale niezwykle istotnych problemów w startupach jest psychologia ryzyka. Brak incydentów bywa interpretowany jako dowód, że obecne podejście jest wystarczające. Skoro nic złego się nie wydarzyło, to znaczy, że nie ma problemu.
Brak incydentu nie oznacza braku podatności - oznacza jedynie brak jego wykrycia lub brak „szczęścia” po stronie atakującego. W środowisku startupowym ten mechanizm jest dodatkowo wzmacniany przez presję sukcesu, nakierowanie wysiłków na wysiłków na osiągnięcie wzrostu.
Cyberbezpieczeństwo działa odwrotnie niż większość obszarów biznesowych. Jego skuteczność mierzy się brakiem zdarzeń, co paradoksalnie utrudnia uzasadnienie inwestycji. Dopóki nie dojdzie do incydentu, bezpieczeństwo często wydaje się mało istotne.
Inwestorzy a cyberbezpieczeństwo
Jeszcze kilka lat temu kwestie cyberbezpieczeństwa pojawiały się w rozmowach inwestycyjnych raczej marginalnie. Dziś sytuacja wyraźnie się zmienia. Fundusze, szczególnie te inwestujące w SaaS, fintech czy rozwiązania infrastrukturalne, coraz częściej traktują bezpieczeństwo jako wskaźnik dojrzałości zespołu, a nie tylko aspekt techniczny.
Chodzi przede wszystkim o sprawdzenie czy zespół rozumie ryzyka, czy potrafi o nich mówić a także czy podejmowanie decyzje są świadome, czy przypadkowe.
Startup, który potrafi jasno powiedzieć: „tego ryzyka jesteśmy świadomi, to zaakceptowaliśmy, a to planujemy poprawić”, budzi znacznie większe zaufanie niż ten, który twierdzi, że „wszystko jest pod kontrolą”, ale nie potrafi tego uzasadnić.
Z perspektywy inwestora brak refleksji nad bezpieczeństwem bywa sygnałem ostrzegawczym - nie dlatego, że firma jest „niebezpieczna”, ale dlatego, że może mieć podobne podejście do innych ryzyk.
Cyberbezpieczeństwo jako element kultury organizacyjnej
Na koniec warto podkreślić aspekt, który w startupach jest niemal całkowicie pomijany: bezpieczeństwo jako element kultury, a nie projektu. W młodych zespołach normy, nawyki i praktyki kształtują się bardzo szybko. To, co na początku jest tolerowane, z czasem staje się standardem. Jeśli na wczesnym etapie nie zadba się odpowiednio o podstawowe zasady dostępu, będzie akceptacja dla obchodzenie zabezpieczeń „dla wygody” i zrzucanie odpowiedzialności i traktowanie bezpieczeństwa jako problem kogoś innego, to bardzo trudno zmienić te nawyki później, gdy zespół liczy kilkadziesiąt lub kilkaset osób. Cyberbezpieczeństwo nie zaczyna się od narzędzi. Zaczyna się od postawy zespołu wobec ryzyka i odpowiedzialności.
Dobrym pomysłem, umożliwiającym młodym firmom odpowiednie zaadresowanie ryzyk, budowanie odpowiedniej kultury organizacyjnej i zwrócenie uwagi na odpowiednie elementy w zakresie cyberbezpieczeństwa jest zorientowanie się co do zasady działania i wymogów Systemu Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji, który został zdefiniowany w standardzie ISO 27001. Nie ma konieczności certyfikacji według tego standardu na samym początku ale warto możliwie szybko podjąć wysiłki, żeby organizacja działała według zasad tam opisanych.
Zapewnienie cyberbezpieczeństwa w startupach jest obecnie warunkiem trwałego wzrostu. Nie chodzi o to, by od pierwszego dnia budować systemy odporne na każdy możliwy atak. Chodzi o to, by nie budować ich w sposób, który gwarantuje problemy w przyszłości.
Startupy nie przegrywają dlatego, że nie stać ich na bezpieczeństwo. Przegrywają dlatego, że zbyt długo wierzą, iż brak bezpieczeństwa nie ma ceny. A ta cena niemal zawsze pojawia się wtedy, gdy firma jest już wystarczająco duża, by naprawdę ją odczuć.



