Narzekanie na polską gospodarkę jest jednym z naszych sportów narodowych. Za wysokie podatki, za niskie wynagrodzenia, za dużo regulacji, za mało inwestycji, kiepska demografia, trudny dostęp do finansowania i wieczna obawa, że Niemcy kichną, a my natychmiast dostaniemy zapalenia płuc. Część tych zarzutów ma oczywiście podstawy. Warto jednak czasem oderwać wzrok od ostatniego kwartału i spojrzeć na gospodarkę z perspektywy jednego pokolenia. Wtedy obraz robi się znacznie ciekawszy. A nawet, uwaga, optymistyczny!
Opublikowany przez Polski Instytut Ekonomiczny raport „Cztery dekady sukcesu. Polska droga do zamożności” pokazuje skalę przemiany, którą łatwo przeoczyć właśnie dlatego, że wydarzyła się na naszych oczach. Od 1990 r. realny PKB na mieszkańca Polski wzrósł o 266 proc., a kraj przeszedł drogę od najbiedniejszej gospodarki Europy Środkowo-Wschodniej do jednego z zamożniejszych państw regionu. Jeszcze w latach 90. polski PKB na mieszkańca odpowiadał za mniej więcej 20–40 proc. wartości osiąganej przez państwa rozwinięte; dzisiaj w zależności od miary jest to nawet 75–100 proc. W ujęciu uwzględniającym siłę nabywczą zbliżyliśmy się do poziomu Japonii i coraz mocniej do średniej Unii Europejskiej.
To są dane, z których naprawdę można być dumnym. Jednocześnie właśnie one prowadzą do pytania trudniejszego niż wszystkie wcześniejsze: co dalej? Polska przez trzy dekady była przede wszystkim krajem doganiającym. Doganianie ma tę zaletę, że przynajmniej wiadomo, w którą stronę biec. Można podpatrywać bogatszych, importować ich technologie, kapitał, organizację pracy i modele biznesowe. Kiedy jednak dystans się zmniejsza, kopiowanie przestaje wystarczać. W pewnym momencie trzeba zacząć samemu wyznaczać kierunek.
Sukces kończy erę taniej Polski
Jednym z głównych motorów naszego rozwoju było przez lata wyjątkowo korzystne połączenie: dobrze wykształceni pracownicy, relatywnie niskie płace, duży rynek wewnętrzny, dostęp do rynku UE oraz stabilność wynikająca z integracji z Zachodem. Nic dziwnego, że Polska stała się bardzo atrakcyjnym miejscem dla zagranicznego kapitału. Według PIE średnioroczny napływ bezpośrednich inwestycji zagranicznych odpowiadał około 3,5 proc. PKB, a ponad połowę napływu BIZ stanowiły reinwestowane w Polsce zyski. Zagranicznym przedsiębiorcom działalność w Polsce po prostu się opłacała.
Problem — jeżeli w ogóle można nazwać go problemem — polega na tym, że sukces tego modelu stopniowo pozbawia nas jego głównej przewagi. Wraz ze wzrostem zamożności rosną wynagrodzenia, ceny usług i oczekiwania pracowników. PIE wskazuje, że realny wolumen PKB na mieszkańca Polski sięga już 81 proc. średniej UE, podczas gdy poziom cen pozostaje około 27 proc. niższy. Ta różnica będzie z czasem malała. Dla obywatela to dobra wiadomość — oznacza większą siłę nabywczą i wyższy poziom życia. Dla przedsiębiorcy oznacza natomiast konieczność znalezienia nowej przewagi konkurencyjnej.
Firma, która przez dwadzieścia lat wygrywała głównie dlatego, że polski inżynier, operator maszyny czy księgowy kosztował istotnie mniej niż jego niemiecki odpowiednik, nie będzie mogła w nieskończoność opierać na tym modelu swojej rentowności. I bardzo dobrze. Celem rozwoju gospodarczego nie może być przecież utrzymanie Polski jako kraju permanentnie taniej pracy. Kłopot zaczyna się dopiero wtedy, gdy wzrastają koszty charakterystyczne dla gospodarki zamożnej, ale przedsiębiorstwo nadal działa według modelu właściwego gospodarce rozwijającej się.
Doganianie jest łatwiejsze niż wymyślanie
Raport PIE używa bardzo dobrego sformułowania: „skuteczne naśladownictwo”. Przez sporą część ostatnich dekad Polska mogła importować gotowe technologie, adaptować sprawdzone rozwiązania i korzystać z transferu know-how dokonywanego przez inwestorów zagranicznych. To nie jest powód do wstydu. Właściwie wykorzystane naśladownictwo jest jedną z najlepszych strategii rozwojowych dla gospodarki, która startuje z dużego dystansu do liderów.
Wydatki na badania i rozwój zwiększyły się w Polsce z około 0,6 proc. PKB w 1996 r. do 1,4 proc. w 2024 r. Polska odpowiada już za około 42 proc. wszystkich wydatków na B+R w Europie Środkowo Wschodniej, dysponując przy tym jedną z największych w Unii pulą naukowców i inżynierów. Ze swojej strony od razu zwracam uwagę, że brak należytej współpracy na styku państwo/biznes/academia powoduje ponownie drenaż najlepszych specjalistów na zachód, głównie do USA. Uzmysłowienie sobie ilu rodaków tworzy OpenAI potrafi przytłoczyć. Jednocześnie powoływany raport zwraca uwagę, że luka wobec najbogatszych gospodarek dotyczy przede wszystkim prywatnych nakładów przedsiębiorstw na badania i rozwój. I właśnie w tym miejscu zaczyna się kolejny etap rozwoju. Łatwiej kupić technologię niż ją stworzyć. Łatwiej otworzyć fabrykę produkującą komponent dla globalnego koncernu niż stworzyć produkt, który za dziesięć lat będą kopiować inni. Łatwiej świadczyć usługę dla międzynarodowej korporacji niż samemu stać się taką korporacją.
Nie oznacza to, że Polska pozostała „montownią Europy”. Dane właściwie przeczą takiemu uproszczeniu. Udział towarów wysokiej technologii w polskim eksporcie wzrósł z 2,3 proc. w 2002 r. do 11,2 proc. w 2025 r., a dwa z trzech najszybciej rozwijających się segmentów przemysłu należą do obszarów o większym zaawansowaniu technicznym: produkcji urządzeń elektrycznych oraz elektroniki i komputerów. Produktywność polskiego przetwórstwa wzrosła natomiast przez trzy dekady o ponad 281 proc., mimo że liczba pracowników właściwie się nie zmieniła — z około 3,1 mln w 1995 r. do 3,3 mln w 2024 r.
To może być jedna z najważniejszych informacji w całym raporcie. Bogactwa nie buduje się poprzez dokładanie w nieskończoność kolejnych ludzi do tego samego procesu. Buduje się je przez zwiększanie wartości, którą jeden człowiek jest w stanie wytworzyć. Dla przedsiębiorcy różnica jest fundamentalna. Można podwoić produkcję, zatrudniając dwa razy więcej pracowników, albo podwoić ją dzięki technologii, automatyzacji, lepszej organizacji i wykorzystaniu danych przy podobnym zatrudnieniu. W pierwszym przypadku rośnie firma. W drugim rośnie również produktywność, a właśnie ona będzie w kolejnej dekadzie decydowała o przewadze konkurencyjnej.
Od start-upu do dużej polskiej firmy
W tym miejscu ciekawie łączy się raport PIE z dyskusją o polskich start-upach. Polska potrafi już stworzyć innowacyjną spółkę. Znacznie trudniejszym pytaniem jest, czy potrafimy stworzyć warunki, w których taka spółka nie sprzeda się przy pierwszej atrakcyjnej wycenie zagranicznemu inwestorowi, lecz urośnie do skali międzynarodowej, pozyska kolejne rundy finansowania, wejdzie na GPW albo inny rynek kapitałowy i sama zacznie kupować konkurentów.
Nie bez powodu Komisja Europejska w 2026 r. uruchomiła European Startup & Scaleup Scoreboard. Samo powstawanie start-upów przestało być wystarczającą miarą innowacyjności. Coraz ważniejsze staje się to, ile z nich potrafi przejść z etapu dobrego pomysłu do firmy zatrudniającej setki lub tysiące osób, działającej międzynarodowo i zdolnej do finansowania dalszego wzrostu z rynku kapitałowego. W polskiej gospodarce problemem nie jest wyłącznie brak talentu czy infrastruktury, ale przejście od pomysłu do skali.
GPW może w tym procesie odegrać znacznie większą rolę niż dotychczas. Rynek kapitałowy nie powinien być wyłącznie miejscem, w którym dojrzały właściciel po dwudziestu latach prowadzenia firmy częściowo monetyzuje swój sukces. Powinien być jednym z mechanizmów finansowania wzrostu. Jeżeli chcemy mieć polskie odpowiedniki globalnych firm technologicznych, medycznych, przemysłowych czy energetycznych, to przedsiębiorstwa te muszą mieć dostęp do kapitału większego niż możliwości założyciela i kredyt bankowy. W pewnym momencie potrzebne są fundusze VC, private equity, obligacje, giełda i inwestorzy instytucjonalni. Inaczej będziemy znakomitym krajem do tworzenia technologii, które następnie będą skalowane już pod cudzą banderą.
Polska ma dużo firm. Potrzebuje też dużych firm
Polska jest krajem przedsiębiorczym, ale struktura naszej przedsiębiorczości pozostaje bardzo rozdrobniona. Według raportu PARP w 2024 r. sektor MŚP stanowił 99,8 proc. wszystkich aktywnych przedsiębiorstw niefinansowych, a same mikroprzedsiębiorstwa aż 97,2 proc. — około 2,3 mln podmiotów. Firm dużych było natomiast około 3,9 tys., czyli zaledwie 0,2 proc. całej populacji przedsiębiorstw. Co więcej, ponad trzy czwarte mikrofirm to podmioty, w których pracuje najwyżej jedna osoba.
Nie ma w tym nic złego. Mikroprzedsiębiorstwa są niezwykle ważną częścią gospodarki: dają pracę milionom ludzi, pozwalają na samozatrudnienie, tworzą lokalne usługi i stanowią naturalne środowisko, z którego wyrastają większe firmy. Problem pojawia się dopiero wtedy, gdy przedsiębiorstwo mikro pozostaje mikro nie dlatego, że taki model odpowiada właścicielowi i charakterowi działalności, lecz dlatego, że nie potrafi przejść kolejnego etapu rozwoju. Zdrowa gospodarka potrzebuje piekarni, kancelarii, warsztatu samochodowego i jednoosobowej firmy informatycznej. Potrzebuje jednak również przedsiębiorstw zdolnych zainwestować kilkaset milionów złotych, przejąć zagranicznego konkurenta, finansować wieloletni projekt badawczy, utrzymać własny dział R&D i wejść z produktem na kilkanaście rynków jednocześnie.
Skalę różnicy dobrze pokazują liczby. Według PARP mikrofirmy odpowiadały w 2023 r. za około 28,5 proc. PKB, a duże przedsiębiorstwa za 27,6 proc. A zatem niespełna cztery tysiące największych przedsiębiorstw tworzyło porównywalną część PKB jak ponad dwa miliony mikrofirm. Nie oznacza to oczywiście, że duży zawsze znaczy lepszy. Pokazuje jednak, dlaczego skala ma znaczenie dla zdolności gospodarki do inwestowania, prowadzenia badań, ekspansji zagranicznej i akumulowania kapitału.
Problemem kolejnej dekady nie będzie więc prawdopodobnie brak przedsiębiorczości jako takiej. Przedsiębiorców mamy bardzo wielu. Wyzwaniem będzie stworzenie warunków, w których część małych firm będzie potrafiła zostać średnimi, część średnich dużymi, a część dużych - przedsiębiorstwami o znaczeniu europejskim lub globalnym. I tutaj dochodzimy do kwestii, której nie da się ominąć: kapitału.
Firma może przez jakiś czas rosnąć dzięki pieniądzom właściciela i wypracowanemu zyskowi. Później pojawia się kredyt, leasing albo finansowanie obrotowe. Ale przy większej skali trzeba sfinansować nową fabrykę, przejęcie konkurenta, ekspansję zagraniczną, wdrożenie technologii, wejście na nowy rynek albo kilkuletni projekt badawczo-rozwojowy. Tego nie da się zawsze zrobić z bieżącego cash flow. Dojrzała gospodarka potrzebuje więc nie tylko przedsiębiorców, ale także dobrze funkcjonującego systemu finansowania przedsiębiorstw: banków gotowych finansować wzrost, rozwiniętego rynku kapitałowego, funduszy private equity i venture capital, obligacji, inwestorów instytucjonalnych oraz mechanizmów publicznych uzupełniających finansowanie tam, gdzie prywatny kapitał nie jest jeszcze gotowy ponieść ryzyka.
To dlatego tak istotna jest również giełda. GPW nie powinna być wyłącznie miejscem, w którym właściciel po trzydziestu latach prowadzenia biznesu częściowo spienięża dorobek. Powinna być również mechanizmem pozwalającym przedsiębiorstwu pozyskać kapitał na kolejne trzydzieści lat wzrostu. Jeżeli obecnie słyszy się porównywanie giełdy do kasyna przez osoby reprezentujące autorytet, to jest to już jedynie przykry wyraz niezrozumienia rzeczywistości. Podobnie należy patrzeć na finansowanie przejęć. Polski przedsiębiorca, który osiągnął granicę wzrostu organicznego, nie zawsze musi budować kolejny dział od zera. Może kupić konkurenta, technologię, portfel klientów albo firmę posiadającą dostęp do zagranicznego rynku. Akwizycja nie jest ekstrawagancją zarezerwowaną dla największych koncernów. W dojrzałej gospodarce jest jednym z podstawowych sposobów skalowania biznesu.
Kapitał trzeba również umieć zachować
Z perspektywy doradcy restrukturyzacyjnego dodałbym jeszcze jedną rzecz. Sam dostęp do finansowania nie wystarczy. Gospodarka potrzebuje również mechanizmów, które pozwalają nie tracić już zgromadzonego kapitału, gdy przedsiębiorstwo przechodzi kryzys.
W Polsce przez ostatnie trzydzieści lat powstały tysiące firm, które zgromadziły wartościowy majątek, technologię, know-how, klientów, sieci dystrybucji i zespoły pracowników. Jeżeli przedsiębiorstwo posiadające taki potencjał traci przejściowo płynność, odpowiedzią nie zawsze powinna być likwidacja. Właśnie dlatego dostęp do sprawnej restrukturyzacji jest elementem infrastruktury gospodarczej równie istotnym jak dostęp do kredytu czy kapitału inwestycyjnego. Dobre prawo restrukturyzacyjne pozwala zachować przedsiębiorstwo wtedy, gdy jego działalność jest ekonomicznie uzasadniona, ale dotychczasowa struktura finansowania przestała działać. Kapitał zgromadzony przez dwadzieścia lat może zostać zniszczony w ciągu kilku miesięcy chaotycznych egzekucji. Restrukturyzacja daje szansę, aby temu zapobiec.
To samo dotyczy planowania rozwoju. Rosnąca firma powinna wiedzieć nie tylko, ile chce sprzedać za rok, ale również skąd weźmie kapitał na wzrost, jaką część działalności chce finansować długiem, kiedy potrzebuje inwestora, jakie przejęcia mogą przyspieszyć jej rozwój oraz co zrobi, jeżeli scenariusz bazowy się nie powiedzie. W pewnym momencie przedsiębiorczość przestaje być wyłącznie umiejętnością zdobywania klientów. Staje się również umiejętnością zarządzania bilansem.
Jest wreszcie sukcesja, o której w kontekście polskiego sukcesu gospodarczego mówi się zdecydowanie za mało. Znaczna część przedsiębiorstw powstałych na początku transformacji została zbudowana przez ludzi, którzy dziś zbliżają się do momentu przekazania firmy następnemu pokoleniu albo sprzedaży biznesu. To będzie jeden z największych testów polskiego kapitału prywatnego. Jeżeli każde przedsiębiorstwo wraz z odejściem założyciela będzie dzielone, sprzedawane w częściach albo traciło zdolność do działania, trudno będzie budować duże firmy istniejące przez kilka pokoleń. Zamożne gospodarki nie składają się wyłącznie ze świetnych przedsiębiorców. Składają się także z instytucji i przedsiębiorstw, które potrafią przetrwać swoich założycieli.
I tu właśnie spotykają się finansowanie, akwizycje, restrukturyzacja i sukcesja. To nie są cztery odrębne tematy. To cztery elementy tego samego procesu: akumulowania polskiego kapitału i niedopuszczania do jego ciągłego rozpoczynania od zera.
Mamy również własny kapitał
Co ciekawe, ten proces już trwa. Jeszcze trzy dekady temu opowieść o polskiej gospodarce była opowieścią o zagranicznym kapitale wchodzącym do kraju. Dziś ponad 2 tys. polskich przedsiębiorstw posiada udziały w ponad 5 tys. jednostek zagranicznych, a wartość polskich aktywów zainwestowanych międzynarodowo przekroczyła 567 mld EUR, czyli około 61 proc. PKB. PIE wskazuje wprost, że ciężar rozwoju stopniowo przesuwa się z jednostronnego napływu zagranicznego kapitału w stronę dwustronnych inwestycji i ekspansji polskich podmiotów.
To jakościowo zupełnie inny etap rozwoju. Kraj biedny przede wszystkim przyjmuje kapitał. Kraj zamożniejszy zaczyna go eksportować. Jeszcze dwadzieścia lat temu wielkim sukcesem przedsiębiorcy było zdobycie niemieckiego klienta. Dzisiaj sukcesem może być przejęcie niemieckiego konkurenta, budowa zakładu w Stanach Zjednoczonych albo sprzedaż własnego produktu w kilkudziesięciu krajach. Dla firm zrzeszonych w Zachodniej Izbie Gospodarczej nie jest to zresztą abstrakcja. Dolny Śląsk od lat pozostaje jednym z najbardziej umiędzynarodowionych regionów kraju. Następnym krokiem po eksporcie nie musi więc być wyłącznie większy eksport. Może nim być inwestycja kapitałowa, własna sieć sprzedaży, przejęcie zagranicznej firmy lub przesunięcie się w górę łańcucha wartości.
Sukces nie chroni przed kryzysem
Na gospodarkę patrzę oczywiście również przez pryzmat mojego zawodu. Kwalifikowany doradca restrukturyzacyjny spotyka przedsiębiorstwo zazwyczaj wtedy, kiedy coś już przestało działać. I właśnie z tej perspektywy warto rozprawić się z jeszcze jednym złudzeniem: dobra kondycja gospodarki nie oznacza dobrej kondycji każdej działającej w niej firmy. PKB może rosnąć, bezrobocie może być rekordowo niskie, eksport może poprawiać swoją strukturę, a konkretna spółka może jednocześnie utracić płynność.
Powody są zwykle dużo bardziej prozaiczne niż wielkie kryzysy makroekonomiczne. Firma może działać w segmencie, którego znaczenie maleje, mieć źle skalkulowane kontrakty, zbyt agresywnie finansować rozwój długiem, nie kontrolować kapitału obrotowego albo przez lata ignorować spadającą marżę. Może też po prostu funkcjonować według modelu, który znakomicie sprawdzał się w Polsce 2010 r., ale nie pasuje do Polski 2026 r. Im gospodarka jest dojrzalsza, tym mniej wybacza przedsiębiorstwu taką nieefektywność. Kiedy cały rynek rośnie bardzo szybko, część błędów można przykryć nowym kontraktem, kolejnym leasingiem lub zwiększeniem zatrudnienia. Na rynku dojrzałym zaczyna liczyć się jakość marży, produktywność, płynność, automatyzacja, dane i zdolność adaptacji.
Dlatego wbrew nazwie restrukturyzacja nie powinna zaczynać się w chwili, w której przedsiębiorca przestaje płacić. Wtedy rozpoczyna się już restrukturyzacja w rozumieniu prawnym — nierzadko pod presją czasu i wierzycieli. Znacznie ciekawsza jest restrukturyzacja biznesowa przeprowadzona kilka lat wcześniej, gdy zarząd zauważa, że model, który zbudował sukces przedsiębiorstwa, przestaje być modelem przyszłości. Zmiana technologii, rezygnacja z nierentownego produktu, przejęcie konkurenta, wejście na inny rynek, automatyzacja albo pozyskanie inwestora są również restrukturyzacją. Tyle że dokonywaną wtedy, kiedy firma nadal ma wybór.
Polska także musi się dalej restrukturyzować
W swojej najprostszej formie restrukturyzacja oznacza przecież dostosowanie struktury organizacji do zmieniającej się rzeczywistości. Właśnie to Polska robiła przez ostatnie cztery dekady. Z gospodarki o dużym znaczeniu rolnictwa przeszliśmy do gospodarki z dominacją usług i nowoczesnego przemysłu. Z kraju niedoboru kapitału stajemy się krajem posiadającym własny kapitał inwestowany za granicą. Z kraju niskich płac przechodzimy do gospodarki, w której o przewadze coraz silniej musi decydować produktywność, technologia i kapitał ludzki.
Autorzy raportu PIE trafnie przypominają, że polski sukces nie był cudem gospodarczym. Był wynikiem pracy milionów ludzi, otwartości na handel, rozwoju prywatnej przedsiębiorczości, edukacji, inwestycji i integracji ze światową gospodarką. Jednocześnie wskazują, że dalszy wzrost będzie wymagał m.in. większej stopy inwestycji prywatnych, rozwoju rynku kapitałowego, poprawy ładu instytucjonalnego i dalszego wzrostu produktywności.
Do tego dochodzi demografia. PIE wskazuje, że nawet istotne odwrócenie obecnych trendów dzietności nie zapobiegnie znacznemu spadkowi liczby ludności w kolejnych dekadach, ponieważ coraz mniej osób będzie znajdowało się w wieku rozrodczym. Dla biznesu oznacza to, że automatyzacja i zwiększanie produktywności przestaną być jedynie metodą zwiększania marży. W niektórych sektorach będą warunkiem dalszego funkcjonowania, bo zwyczajnie zabraknie pracowników. Pisałem o tym wcześniej artykuł dla Zachodniej Izby Gospodarczej.
Podsumowanie
Raport Polskiego Instytutu Ekonomicznego jest powodem do uzasadnionej satysfakcji. Duża część opisanego w nim sukcesu powstała przecież nie w tabelach makroekonomicznych, lecz w setkach tysięcy przedsiębiorstw. To firmy zatrudniały ludzi, inwestowały, eksportowały, kupowały technologię, ryzykowały własnym kapitałem, uczyły się nowych rynków, bankrutowały i zaczynały od początku. W efekcie Polska z 2026 r. gospodarczo coraz mniej przypomina kraj z początku transformacji.
Sukces ma jednak niewygodną właściwość: podnosi poprzeczkę. Polska firma nie będzie mogła w nieskończoność wygrywać dlatego, że jest tańsza. Będzie musiała być bardziej produktywna, lepiej zarządzana, bardziej innowacyjna albo posiadać produkt i markę, których konkurent nie może łatwo skopiować. Musimy nauczyć się nie tylko zakładać przedsiębiorstwa, ale również je skalować; nie tylko przyciągać zagraniczny kapitał, lecz także akumulować własny; nie tylko eksportować towary, lecz także kupować zagraniczne firmy i technologie. Do tego potrzebujemy większej liczby przedsiębiorstw średnich i dużych, dostępu do finansowania, rozwiniętego rynku kapitałowego, sprawnych mechanizmów restrukturyzacyjnych i świadomie planowanej sukcesji. Polskim problemem kolejnego pokolenia nie będzie już bowiem samo stworzenie prywatnego kapitału. Będzie nim nauczenie się, jak ten kapitał powiększać, łączyć i przekazywać dalej.
Pierwsze cztery dekady naszego sukcesu były przede wszystkim historią doganiania. Piąta będzie prawdopodobnie trudniejsza, bo kiedy doganiasz innych, możesz biec ich śladem. Kiedy już do nich docierasz, musisz sam zdecydować, dokąd prowadzi dalsza droga.
Źródła wykorzystane w tekście
• Polski Instytut Ekonomiczny, M. Klucznik, J. Muchorowski, „Cztery dekady sukcesu. Polska droga do zamożności”, Warszawa 2026. • PARP, „Raport o stanie sektora małych i średnich przedsiębiorstw w Polsce 2026”.
• Komisja Europejska, European Startup & Scaleup Scoreboard 2026.



