Twoja firma pisze "eko" na opakowaniu – od 2026 roku może się to wiązać z kosztami

Od 2026 r. firmy muszą uważać na greenwashing – hasła typu „eko” czy „zrównoważony” trzeba poprzeć konkretnymi dowodami. Za nieuzasadnione deklaracje grożą postępowania UOKiK i wysokie kary. Dlatego firmy powinny już teraz zweryfikować swoją komunikację ekologiczną.

Twoja firma pisze "eko" na opakowaniu – od 2026 roku może się to wiązać z kosztami
Spis treści
Heading 2

Wyobraź sobie właściciela niewielkiej firmy kosmetycznej, który z dumą umieszcza na etykiecie swojego nowego kremu napis "eko-przyjazne opakowanie" i hasło "zrównoważona produkcja" na stronie internetowej. Nikogo nie oszukuje w złej wierze – po prostu tak się dziś mówi o produktach, które mają choć trochę zielonego charakteru. Problem w tym, że od 2026 roku to samo, niewinnie brzmiące hasło może stać się podstawą postępowania Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumentów. Nie dlatego, że firma rozmija się z prawdą w jakiś szczególnie rażący sposób, ale dlatego, że nie potrafi tego hasła niczym udowodnić.

Ten scenariusz nie dotyczy odległej przyszłości ani nie jest to problem, który dotyczy wyłącznie wielkich koncernów publikujących rozbudowane raporty niefinansowe. To zmiana zasad gry, która dotknie każdą firmę, także tę zatrudniającą pięć czy dziesięć osób, jeśli tylko w jakikolwiek sposób komunikuje się z klientami, używając języka ekologii. A prawie każda firma dziś to robi.

Co się właśnie zmienia

W centrum tej zmiany stoi unijna dyrektywa znana jako EmpCo – od pełnej angielskiej nazwy Empowering Consumers for the Green Transition, czyli "wzmocnienie pozycji konsumentów w zielonej transformacji". Została przyjęta w marcu 2024 roku, a państwa członkowskie mają obowiązek wdrożyć jej przepisy do prawa krajowego do marca 2026 roku. W praktyce oznacza to, że w Polsce trwa właśnie proces, po którym przepisy te staną się częścią naszego codziennego porządku prawnego a wraz z nimi zestaw zupełnie nowych ograniczeń w komunikacji marketingowej.

Najważniejsza zmiana dotyczy tego, jak wolno mówić o "zielonym" charakterze produktu czy firmy. Do tej pory rynek rządził się w tej kwestii dość swobodnymi zasadami. Wystarczyła chęć wpisania się marketingowca w modny trend. Po wdrożeniu dyrektywy ta praktyka się kończy. Zakazane stanie się stosowanie ogólnikowych haseł środowiskowych takich jak "eko", "zielony", "przyjazny dla środowiska", "zrównoważony", jeśli firma nie jest w stanie wykazać ich prawdziwości za pomocą konkretnego, widocznego i mierzalnego dowodu. Innymi słowy: samo słowo już nie wystarczy. Muszą za nim stać dane.

Drugi istotny element to zakaz deklarowania neutralności klimatycznej produktu wyłącznie na podstawie kompensacji emisji, czyli tzw. offsetów. Przez lata popularną praktyką było kupowanie certyfikatów redukcji emisji gdzieś na drugim końcu świata i na tej podstawie ogłaszanie, że dany produkt powiedzmy, butelka wody mineralnej, jest "neutralny klimatycznie". Po wejściu w życie nowych przepisów taka argumentacja przestaje być wystarczająca. Firma nie może już po prostu zapłacić za offset i nazwać swojego produktu neutralnym. Musi wykazać realne działania redukujące jej własny ślad węglowy.

Trzecia zmiana dotyczy własnych, niezweryfikowanych oznaczeń ekologicznych. Wiele firm przez lata projektowało własne "zielone listki", pieczątki czy symbole, sugerujące ekologiczność produktu, bez żadnej zewnętrznej weryfikacji. To również ma się skończyć. Dopuszczalne będą wyłącznie oznaczenia oparte na uznanych, niezależnych systemach certyfikacji, takich jak unijny EU Ecolabel.

Za złamanie tych zasad grożą realne, policzalne konsekwencje finansowe. Kara dla przedsiębiorcy może sięgnąć do 10 procent rocznego obrotu osiągniętego w roku poprzedzającym nałożenie kary. Ale to nie wszystko. Odpowiedzialność może dotknąć bezpośrednio osobę zarządzającą firmą: do 2 milionów złotych, jeśli świadomie dopuściła do naruszenia przepisów, a w przypadku instytucji finansowych: nawet do 5 milionów złotych. Dla firm współpracujących z sektorem publicznym dochodzi dodatkowo ryzyko wykluczenia z udziału w zamówieniach publicznych. To nie są przepisy o charakterze czysto deklaratywnym. To twarde prawo konsumenckie, egzekwowane przez konkretny organ, który już dziś ma odpowiednie narzędzia i z nich korzysta.

Przepisy dotyczą nawet małych firm

W ostatnich miesiącach wiele mówiło się o tym, że unijna machina regulacyjna w obszarze ESG zwalnia tempo. Pakiet uproszczeń znany jako Omnibus I znacząco podniósł progi obowiązkowego raportowania w ramach dyrektywy CSRD, w efekcie czego liczba firm zobowiązanych do składania pełnych raportów zrównoważonego rozwoju w Polsce ma spaść z kilku tysięcy do zaledwie kilkuset największych organizacji. Także losy odrębnej, bardziej rygorystycznej dyrektywy Green Claims stanęły pod znakiem zapytania. Latem 2025 roku Komisja Europejska w dość bezprecedensowy sposób wycofała ten projekt, argumentując to obawą przed nadmiernym obciążeniem najmniejszych firm.

Te wszystkie sygnały mogły wytworzyć u wielu przedsiębiorców fałszywe poczucie ulgi i wrażenie, że "ESG się rozmywa" i że temat regulacji środowiskowych można odłożyć na później. To błąd, i to błąd, który może kosztować.

Kluczowa różnica polega na tym, że dyrektywa EmpCo nie jest częścią architektury sprawozdawczości niefinansowej, z której MŚP są sukcesywnie zwalniane. Ona działa na zupełnie innym gruncie prawnym a mianowicie na gruncie prawa ochrony konsumentów. A to prawo od zawsze obowiązywało wszystkie firmy, niezależnie od ich wielkości, branży czy tego, czy w ogóle słyszały o CSRD. Nie ma tu progów zatrudnienia, progów przychodowych ani okresów przejściowych zarezerwowanych dla małych podmiotów. Jeśli Twoja firma komunikuje się z konsumentami, a więc sprzedaje cokolwiek w modelu B2C, te przepisy jej dotyczą.

Co więcej, nie trzeba wcale czekać na formalne wejście w życie znowelizowanych przepisów krajowych, żeby mieć już dziś realny problem prawny. Polski regulator, czyli Prezes UOKiK, od dawna dysponuje narzędziami do ścigania nieuczciwych praktyk rynkowych na podstawie istniejących ustaw o ochronie konkurencji i konsumentów oraz o przeciwdziałaniu nieuczciwym praktykom rynkowym. Formalnie termin "greenwashing" nie pojawia się w tych ustawach wprost, ale to nie przeszkadza urzędowi w prowadzeniu postępowań. W ostatnim czasie głośno było o zarzutach postawionych kilku dużym firmom z branż odzieżowej, kosmetycznej i e-commerce ale nic nie stoi na przeszkodzie, by podobne postępowanie dotyczyło znacznie mniejszego podmiotu. Przepisy nie przewidują tu żadnego wyłączenia dla małych graczy.

Innymi słowy: to nie jest temat, który "kiedyś nadejdzie". On już tu jest, tylko jeszcze niewiele firm zdaje sobie z tego sprawę.

W praktyce UOKiK już działa

Skala aktywności regulatora dobrze pokazuje, że to nie jest teoretyczne zagrożenie. Według danych opublikowanych w przewodniku "Green – tak, washing – nie", przygotowanym przez PwC Polska i UNEP/GRID-Warszawa, Prezes UOKiK wystosował już 40 wystąpień w sprawie greenwashingu i wszczął pierwsze postępowania wyjaśniające, a siedmiu przedsiębiorcom, w tym platformie e-commerce, firmom z sektora transportowego, przewozu osób, sprzedaży produktów użytkowych, kawy oraz producentowi odzieży, postawiono już formalne zarzuty. Urząd sprawdzał dotąd firmy z bardzo różnych branż: e-commerce, handlu detalicznego (kosmetyki, odzież, obuwie), usług przewozu osób i kurierskich, paliw i energetyki, materiałów budowlanych, wydawnictw i portali informacyjnych, a także produkcji żywności i napojów. Innymi słowy, żadna branża nie jest zbyt mała ani zbyt "niszowa", żeby zostać pominiętą.

Warto zobaczyć, jakie konkretnie sformułowania regulator już zakwestionował, bo część z nich brzmi zaskakująco niewinnie: "zero waste", "100% energii odnawialnej", "korzystamy z zielonej energii", "bezemisyjność pojazdów", "odpowiedzialni z natury", "nasz cel: zerowa emisja CO2 do roku 2050" czy "zasadzimy kolejne drzewo za X przesyłek". Wśród najczęstszych zarzutów pojawiają się: bezpodstawne stosowanie haseł nawiązujących do ekologii bez żadnych dowodów, promowanie działań jako proekologicznych, choć w rzeczywistości wynikają one wprost z obowiązujących przepisów (np. obowiązkowy recykling opakowań), umieszczanie na produktach oznaczeń certyfikatów bez wskazania, jaki realnie procent certyfikowanego surowca znajduje się w materiale, oraz wprowadzanie konsumentów w błąd przy okazji akcji "prośrodowiskowych", jak sadzenie drzew za każdy zakup.

Znak towarowy to pułapka, o której mało kto mówi

Jest jeszcze jeden praktyczny obszar ryzyka, o którym rzadko się wspomina, a który dla małej firmy budującej markę może być bardzo dotkliwy: prawo własności intelektualnej. Jeśli firma zarejestrowała w Urzędzie Patentowym RP znak towarowy zawierający słowa typu "eco", "green" czy "bio", np. jako nazwę marki czy linii produktów, a jej rzeczywista działalność nie potwierdza tych ekologicznych właściwości, konkurent może złożyć wniosek o stwierdzenie wygaśnięcia prawa ochronnego na taki znak. Wniosek taki może złożyć każdy podmiot, niezależnie od tego, czy ma w tym bezpośredni interes prawny. Urząd Patentowy może też z urzędu odmówić rejestracji oznaczenia, które wprowadza w błąd lub składa się wyłącznie z elementów czysto opisowych. W skrajnym przypadku firma traci więc nie tylko prawo do posługiwania się nazwą, w którą inwestowała lata budowania rozpoznawalności, ale ponosi też dodatkowe koszty wizerunkowe związane z takim sporem.

Skąd się bierze siła "zielonych" haseł 

Warto na chwilę zatrzymać się przy tym, dlaczego ogólnikowe hasła środowiskowe w ogóle działają tak skutecznie bo to tłumaczy, czemu tak wiele firm sięgało po nie niemal odruchowo, bez złej woli. Psychologowie opisują to zjawisko przez pryzmat tzw. heurystyki afektu: jeśli coś budzi pozytywne skojarzenia np. natura, zieleń, czystość, automatycznie przypisujemy temu wyższą wiarygodność, jeszcze zanim pojawi się chęć zweryfikowania informacji. Drugi mechanizm to tzw. efekt aureoli: gdy firma komunikuje jeden pozytywny aspekt (na przykład opakowanie z recyklingu), konsumenci często zakładają, że cały produkt czy cała firma są "zrównoważone" nawet jeśli komunikat dotyczył wyłącznie jednego, wąskiego elementu.

To nie jest usprawiedliwienie dla nieprecyzyjnej komunikacji. Wręcz przeciwnie, to dokładnie ten mechanizm, który nowe przepisy mają ograniczyć. Ale warto go rozumieć, bo pokazuje, że intuicyjne, "chwytliwe" hasła środowiskowe, które kiedyś wydawały się dobrym pomysłem marketingowym, w praktyce najłatwiej wprowadzają odbiorcę w błąd nawet bez intencji ze strony firmy.

Skala problemu jest większa, niż się wydaje

Warto na chwilę zatrzymać się przy danych, bo dobrze pokazują, dlaczego regulator w ogóle zdecydował się na taki krok.

Z analiz towarzyszących pracom nad dyrektywą 2024/825 wynika, że aż około 40 procent deklaracji środowiskowych obecnych na unijnym rynku nie ma rzetelnego uzasadnienia. Innymi słowy, prawie połowa firm, które w jakiś sposób chwalą się swoją "zielonością", robi to bez twardych podstaw. Nie zawsze wynika to ze złej woli. Znacznie częściej z braku świadomości, że marketingowe hasło powinno mieć realne pokrycie w faktach, oraz z braku narzędzi, żeby to pokrycie zapewnić.

Tu dochodzimy do drugiego, równie istotnego problemu. Z pierwszego Indeksu Dekarbonizacji Polskiej Gospodarki, przygotowanego przez think tank Instrat, wynika, że aż 80 procent małych firm w Polsce w ogóle nie zajmuje się liczeniem swojego śladu węglowego. To oznacza, że nawet gdyby te firmy chciały już dziś udowodnić prawdziwość swoich zielonych haseł, często po prostu nie miałyby czym. Nie dysponują danymi, bo nigdy wcześniej nie było takiej potrzeby.

To zderzenie dwóch rzeczywistości: nowych, znacznie surowszych wymogów dowodowych z jednej strony i praktycznego braku danych po stronie większości małych firm z drugiej, tworzy realną lukę, w którą wiele przedsiębiorstw może wpaść zupełnie nieświadomie. Nie dlatego, że próbowały oszukać klienta, ale dlatego, że nikt im wcześniej nie powiedział, że marketingowe "eko" to już nie jest kwestia stylu, tylko kwestia zgodności z prawem.

Przykłady co wolno, a czego już nie

Najlepiej widać tę zmianę na konkretnych porównaniach. Oto kilka typowych sformułowań, które do niedawna były standardem rynkowym, oraz to, jak powinny wyglądać, żeby przetrwać w nowej rzeczywistości prawnej.

Zamiast ogólnego stwierdzenia "ekologiczne opakowanie", które nic konkretnego nie mówi i niczego nie dowodzi, bezpieczniejszym sformułowaniem będzie coś w rodzaju "opakowanie wykonane w 80 procentach z materiałów pochodzących z recyklingu, zgodnie z certyfikatem [nazwa niezależnego certyfikatu]". Różnica jest fundamentalna. Pierwsze hasło to pusta deklaracja, drugie to konkretna, weryfikowalna informacja.

Podobnie rzecz się ma z popularnym niegdyś stwierdzeniem "produkt neutralny klimatycznie", opartym wyłącznie na zakupie offsetów emisji. Po zmianie przepisów taka argumentacja nie będzie już wystarczająca. W jej miejsce powinny pojawić się konkretne dane o realnej redukcji emisji w łańcuchu produkcji, na przykład informacja o tym, o ile procent zmniejszono emisje w procesie produkcyjnym w ostatnich latach, i jakimi konkretnie działaniami to osiągnięto.

Trzeci typowy przypadek to własny, wymyślony przez firmę "zielony listek" czy inny symbol sugerujący ekologiczność, umieszczany na opakowaniu bez żadnej zewnętrznej weryfikacji. Tego typu prywatne oznaczenia będą coraz trudniejsze do obrony prawnej. Bezpieczniejszym rozwiązaniem jest oparcie się na uznanym, niezależnym systemie certyfikacji, jak choćby unijny EU Ecolabel, gdzie weryfikacja odbywa się poza samą firmą i jest w pełni transparentna.

Wspólny mianownik tych wszystkich przykładów jest jeden: era ogólników i dobrego samopoczucia marketingowego w komunikacji środowiskowej się kończy. Nadchodzi era konkretu, danych i weryfikowalności.

Warto dodać, że w maju 2026 roku Komisja Europejska opublikowała pierwszy oficjalny zestaw pytań i odpowiedzi (FAQ) doprecyzowujący, jak stosować te przepisy w praktyce. Kilka wskazówek z tego dokumentu jest szczególnie przydatnych dla mniejszych firm:

  • Nie da się "obejść" przepisów samym unikaniem słów. Nawet dobór kolorystyki (np. zieleń) czy obrazków (liście, krople wody) towarzyszących komunikatowi może zostać uznany za sugerowanie korzyści środowiskowej i podlega tej samej ocenie co tekst.
  • Nie można reklamować jako "wyróżnika oferty" czegoś, co i tak jest obowiązkowe z mocy prawa dla wszystkich konkurencyjnych produktów na rynku unijnym. np. określonego poziomu recyklingu opakowań, jeśli wynika on wprost z przepisów.
  • Deklaracje dotyczące przyszłych planów środowiskowych (np. "będziemy neutralni klimatycznie do 2030 roku") są dopuszczalne tylko wtedy, gdy stoi za nimi konkretny, publicznie dostępny plan z mierzalnymi celami, regularnie weryfikowany przez niezależnego eksperta zewnętrznego.
  • Zakres regulacji obejmuje też twierdzenia społeczne: warunki pracy, równe traktowanie, dobrostan zwierząt - nie tylko środowiskowe.
  • Jeśli firma podlega już obowiązkowej sprawozdawczości CSRD, dane z takiego raportu co do zasady nie podlegają tym przepisom chyba, że firma wykorzysta je później w celach marketingowych, wtedy stają się potencjalnym źródłem ryzyka.

Warto też pamiętać, że rzetelna komunikacja środowiskowa to nie tylko unikanie kar, to też realna wartość rynkowa. Z badania PwC z 2024 roku wynika, że konsumenci są skłonni zapłacić blisko 10 procent więcej za produkty wytworzone w sposób zrównoważony lub pochodzące z takich źródeł. Innymi słowy: firma, która potrafi udokumentować swoje działania środowiskowe, nie tylko unika ryzyka, ale realnie zyskuje przewagę cenową nad konkurencją operującą pustymi hasłami.

Co w tej sytuacji może zrobić MŚP

Dobra wiadomość jest taka, że dostosowanie się do tych wymogów, zwłaszcza w przypadku małej czy średniej firmy, nie wymaga budowania rozbudowanego działu compliance ani zatrudniania sztabu prawników. Wystarczy kilka konkretnych, praktycznych kroków, podjętych z odpowiednim wyprzedzeniem.

Pierwszym i najprostszym krokiem jest przegląd wszystkich materiałów marketingowych, etykiet, treści na stronie internetowej i w mediach społecznościowych pod kątem ryzykownych sformułowań środowiskowych. Warto zadać sobie proste pytanie przy każdym takim haśle: czy potrafiłabym to udowodnić, gdyby ktoś zapytał? Jeśli odpowiedź brzmi "nie" albo "nie do końca wiem". To sygnał, że dane sformułowanie wymaga albo doprecyzowania, albo usunięcia.

Drugi krok to zebranie choćby podstawowych danych, zanim zacznie się o nich mówić publicznie. Nie chodzi o budowanie od razu pełnego, skomplikowanego systemu liczenia śladu węglowego na wzór dużych korporacji. Chodzi o to, żeby mieć jakiekolwiek twarde podstawy pod komunikowane treści, np. choćby dane od dostawcy materiału opakowaniowego, potwierdzające procent recyklingu, albo prosty raport zużycia energii w firmie.

Trzeci, bardziej strategiczny krok, to rozważenie skorzystania z dobrowolnego, uproszczonego standardu raportowania zrównoważonego rozwoju przeznaczonego właśnie dla mniejszych podmiotów znanego jako VSME. W przeciwieństwie do pełnych, obowiązkowych standardów ESRS, które dotyczą dużych firm objętych CSRD, VSME ma charakter dobrowolny i znacznie uproszczony. Dla małej firmy może to być praktyczne narzędzie, które przy okazji porządkuje właśnie te dane: emisje, zużycie surowców, warunki pracy, które później i tak są potrzebne do bezpiecznego formułowania komunikatów marketingowych. Innymi słowy, przy okazji przygotowania się na "coś, co może kiedyś stać się obowiązkowe", firma zyskuje też twarde argumenty na "coś, co już teraz jest wymagane prawem konsumenckim".

To nie chwilowa moda regulacyjna

Warto na koniec spojrzeć na to wszystko z nieco szerszej perspektywy. Łatwo dziś ulec wrażeniu, że temat ESG w Unii Europejskiej przechodzi przez okres odwrotu, że po latach intensywnej legislacji następuje faza upraszczania, łagodzenia progów i wycofywania najbardziej ambitnych projektów, jak choćby wspomniana dyrektywa Green Claims. To wrażenie jest po części prawdziwe, jeśli chodzi o obowiązkową sprawozdawczość niefinansową skierowaną do największych spółek.

Ale to nie jest ten sam nurt regulacyjny, co ochrona konsumenta przed wprowadzającą w błąd komunikacją marketingową. Ten drugi nurt nie zwalnia a wręcz przeciwnie, nabiera tempa i konkretu. Dyrektywa EmpCo wchodzi w życie niezależnie od losów Green Claims, a polski regulator już dziś pokazuje, że potrafi i chce egzekwować przepisy dotyczące nieuczciwych praktyk środowiskowych, korzystając z istniejących narzędzi prawnych.

Dla właścicieli małych i średnich firm płynie z tego jeden konkretny wniosek. Nie warto czekać na moment, w którym te przepisy formalnie i w pełni wejdą w życie w polskim porządku prawnym, żeby zacząć się do nich dostosowywać. Firmy, które już teraz zaczną porządkować swoją komunikację środowiskową, rezygnując z pustych ogólników na rzecz konkretnych, udokumentowanych faktów, zyskają realną przewagę. Nie tylko unikną ryzyka postępowania przed UOKiK czy utraty zaufania klientów w razie publicznego zdemaskowania greenwashingu. Zyskają też coś więcej: wiarygodność w oczach coraz bardziej świadomych konsumentów, którzy z roku na rok coraz uważniej czytają to, co firmy piszą na swoich opakowaniach.

Bo w gruncie rzeczy to, co dziś wygląda jak uciążliwy obowiązek prawny, jutro może stać się po prostu standardem dobrej, uczciwej komunikacji biznesowej takiej, która nie boi się żadnej kontroli, bo ma solidne podstawy.

Najczęstsze pytania, które zadają sobie właściciele małych firm

Przy tak nowym temacie naturalnie pojawia się sporo praktycznych wątpliwości. Poniżej kilka z nich, które najczęściej padają w rozmowach z przedsiębiorcami.

Czy to mnie dotyczy, jeśli sprzedaję wyłącznie w modelu B2B, a nie B2C? To ważne rozróżnienie. Dyrektywa EmpCo i szerzej pojęte przepisy o nieuczciwych praktykach rynkowych koncentrują się na relacji z konsumentem, czyli osobą fizyczną kupującą produkt na własny użytek. Jeśli firma działa wyłącznie w modelu B2B, sprzedaje np. komponenty innej firmie, bezpośrednie ryzyko z tej konkretnej dyrektywy jest mniejsze. Warto jednak pamiętać, że coraz więcej dużych kontrahentów samodzielnie wymaga od swoich dostawców rzetelnych danych środowiskowych, niezależnie od tego, co mówi akurat ta jedna dyrektywa więc temat i tak prędzej czy później wraca.

Czy muszę od razu mieć pełny audyt śladu węglowego, żeby cokolwiek napisać o ekologii? Nie. Przepisy nie wymagają, aby każda firma dysponowała rozbudowanym, certyfikowanym raportem emisji, zanim odważy się użyć jakiegokolwiek zielonego sformułowania. Chodzi raczej o proporcjonalność. Jeśli firma twierdzi coś konkretnego, musi mieć na to konkretny, adekwatny dowód. Jeśli deklaracja jest skromniejsza, dowód też może być prostszy. Kluczowe jest to, żeby w ogóle taki dowód istniał i dało się go pokazać na żądanie.

Co grozi małej firmie w praktyce, jeśli nic nie zmieni w swojej komunikacji? Najbardziej dotkliwe są dwie rzeczy. Pierwsza to ryzyko formalnego postępowania przed UOKiK, które może zakończyć się karą finansową. W skrajnych przypadkach liczoną jako procent rocznego obrotu firmy. Druga, często niedoceniana, to ryzyko wizerunkowe. W czasach mediów społecznościowych wystarczy jeden świadomy klient albo dziennikarz, żeby nieuzasadnione zielone hasło stało się publicznym tematem, a odbudowanie zaufania po takim zdarzeniu bywa znacznie trudniejsze i droższe niż wcześniejsze dostosowanie komunikacji.

Czy to oznacza, że lepiej w ogóle przestać mówić o ekologii, żeby uniknąć ryzyka? Zdecydowanie nie taki jest cel tych przepisów, ani nie taka powinna być reakcja firmy. Komunikacja środowiskowa oparta na faktach pozostaje w pełni dozwolona i coraz bardziej pożądana przez świadomych konsumentów. Problemem nie jest samo mówienie o ekologii, tylko mówienie o niej bez pokrycia. Firma, która faktycznie coś robi w tym obszarze i potrafi to udokumentować, nie ma powodu do obaw a wręcz przeciwnie, zyskuje przewagę nad konkurencją, która wciąż operuje pustymi hasłami.

Od czego najlepiej zacząć, jeśli temat wydaje się przytłaczający? Najprościej zacząć od jednego, konkretnego kroku: listy wszystkich sformułowań środowiskowych używanych obecnie przez firmę na opakowaniach, stronie internetowej, w mediach społecznościowych i materiałach sprzedażowych. Taki przegląd, nawet zrobiony samodzielnie w ciągu jednego popołudnia, od razu pokazuje skalę problemu i pozwala ustalić priorytety: co wymaga natychmiastowej korekty, a co można jeszcze dopracować danymi w najbliższych miesiącach. To znacznie mniej przerażające niż próba ogarnięcia całego tematu ESG naraz.

Źródła

Sprawdź profil eksperta